Ktoś by się zapytał dlaczego never ending? Ponieważ w obecnych warunkach, jakie przypadło mi mieć przygodę z prawkiem to jakiś kabaret.
Jak już gdzieś pisałem, a może i nie pisałem- egzamin teoretyczny udało mi się zdać za 5tym razem, choć to i tak nie rekord- przy pierwszym podejściu na sali zdawała również babka, dla której był to 14(!) raz! Wiem, wiem, szok. Ale cóż- takie chore regulacje weszły w życie.
Co do mojego udanego 5 tego razu to na początku się denerwowałem, ale zastosowałem metodę, którą poradziła mi mama- wykorzystać czas na odp do maximum; tzn przy zapoznaniu z pytaniem, zaznaczyć "na brudno" jakąkolwiek odp, a podczas czasu na odp ją skorygować, a zatwierdzać przy 8-5 sek pozostałych. I... udało się!!!! YES! YES! YES! Nareszcie na ekranie zaświeciło się zielone słowo "pozytywny". Do tego udało mi się zdać na maxymalną liczbę punktów!!!! Egzaminator od razu zaznaczył "P" na karcie przy moim nazwisku. Dodatkowo, to że wyszedłem ostatni z sali, to nie musiałem czekać na koniec egzaminu, by móc się zapisać na praktyczny :) Na skrzydłach poleciałem do sali zapisów. Bach bach bach, załatwiłem sobie taki termin by móc wziąć jeszcze parę jazd doszkalających.
Gdy nadszedł dzień 1 doszkalającej byłem wielce podekscytowany i uradowany. Najpierw placyk, na następnej jeździłem po mieście. Co do tej jazdy to były jaja. Tyle błędów zrobiłem że sam siebie nie poznawałem. Ale już na następnej-przedostatniej oraz ostatniej w dniu egzaminu było już git :) Gdy nadszedł moment egzaminu, o godzinie 10 megafon wygłosił swoje "Uwaga- w wyniku losowania komputerowego egzaminowany będzie Pan (tu moje nazwisko i imię). Proszę o oczekiwanie na egzaminatora przy wyjściu na plac egzaminacyjny. Wyleciałem więc szybko i stawiłem się w umówionym miejscu. Idzie egzaminator, wywołuje moje nazwisko, sprawdza dowód, wszystko ok, więc zapraszam do auta mówi. Trafiła mi się fabia z nr 8. W środku podpisanie papierka, i kolejna procedura: " Egzaminowany (moje nazwisko i imię), egzaminator(nazwisko) nr auta. Na początek-czynności kontrolno-obsługowe. Trafiło mi się sprawdzenie płynu chłodniczego oraz sprawdzenie świateł awaryjnych. Przystępuje więc do dzieła- otwieram wajchą klapę silnika, jednak ta skubana ciężko chodzi, a ja się boje użyć siły żeby tego nie zerwać(bo i za to pewnie można nie zdać). Egzaminator na moje szczęście widzi że wiem o co biega tylko samochód odmawia posłuszeństwa, radzi- więcej siły. Gdy wreszcie udaje mi się otworzyć, pozostaje jeszcze zabezpieczenie pod maską(dla mniej zorientowanych- po pociągnięciu wajhy klapa otwiera się tylko na tyle, aby włożyć łapę pod maskę i wyczuć zabezpieczenie, które trzeba odbezpieczyć) Odbezpieczam, otwieram maskę, blokuję przed opadnięciem i pokazuje. Jest ok. Teraz włączam awaryjne i sprawdzam- w każdym miejscu auta światła są ok :) Zadanie zaliczone, teraz przygotowanie do jazdy. Pach fotel, zagłówki, lusterka(ze stresu zamiast załączyć zapłon niechcący odpaliłem auto, ale szybko wyłączyłem) Do tego wycieraczki(śnieg padał tego dnia jak oszalały). (Fakt faktem o tym i o sprawdzeniu zamknięcia drzwi zapomniałem, ale na szczęście czynności kontrolne jak i przygotowanie do jazdy miałem zaliczone, jak potem mogłem sprawdzić w karcie przebiegu egzaminu.) Teraz łuk. Egzaminator wysiada, ja wjeżdżam na łuk i ruszam. Miałem łuk na świeżo, bo w dniu egzaminu ćwiczyłem to z intruktorem, jednak bach- przez nieuwagę(?), stres(?) czy może zmęczenie materiału za późno zahamowałem w polu zatrzymania po jeździe do przodu i bach potrąciłem tyczkę. No żesz jasny pieron!!!! Szybko sobie myślę że pewnie bd powtórka. Takiego kapcia- egzaminator podchodzi i mówi- Pan się przesiądzie na prawo. No to po ptokach.... oblałem na tej durnej tyczce! Gdy usiadłem na miejscu pasażera potwierdziło się- "najechanie na tyczkę to przerwanie egzaminu z wynikiem negatywnym" Szlag! Jeszcze tylko zaparkowanie auta na miejscu parkingowym przez egzaminatora, wypisanie karty przebiegu egzaminu i mogę wracać do domu. Jeszcze tylko powiadomić mamę i instruktora, by skonsultować się co do terminu 2 podejścia. Instruktor mocno w szoku, zapewne oczy miał jak 5 zł jak zobaczył smsa ode mnie. Zapisałem się więc na 11.12. Po powrocie do domu wygooglałem nazwisko egzaminatora i okazało się że miałem wielkiego fuksa bo trafiłem na super człowieka! Gdyby nie ta tyczka to miałbym szansę zdać! Właśnie gdyby nie ta tyczka... Karta poszła do teczki, gdzie trzymam wszystkie papiery z WORDU a mnie czeka teraz 2gie podejście oraz dodatkowe jeszcze jazdy doszkalające... Cholibcia, co jak co ale jak słyszę opowieść jak mój dziadek zdawał w latach 50tych XXw to aż mu zazdroszczę- pusta Warszawa, proste skrzyżowania i wymagało się tylko znajomości znaków i wiedzy o budowie silnika. Szczęściarz z Niego! Oczywiście ja mogłem zdawać już wcześniej, gdy były jeszcze stare dobre zasady, ale ja wtedy byłem do samochodów na nie. I teraz mam za swoje. Dodatkowy ból w sercu sprawiają momenty, gdy patrze na jakieś fajne używane auta w necie i trafiam na coś superanckiego. Jednak wciąż wraca jak mantra ten tekst " jeszcze nie masz prawa jazdy" oraz że muszę sobie trochę dorobić do tego auta za niby niską cenę(szukam aut w przedziale 3-5 tys) ale jednak mój budżet jest lichy... Ech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz